Aktualności| Biografia| Artur| Płyty| Artykuły| Multimedia| Galeria| Strefa Fanów| Facebook| Forum| Księga gości| Strona oficjalna


Wspomnienie o Arturze i Kasi napisane w dziesiątą rocznicę śmierci - 14 października 2010

Siedzę przy stoliku w przytulnej restauracyjce, z dala od zgiełku zabieganej Stolicy. Czekam na moich Gości nie do końca przekonany, czy mnie poznają. Nie widzieliśmy się już dość długo, a matka natura - wbrew ogólnie panującym trendom - robi co może, abyśmy nie zapomnieli o dacie naszych urodzin... Spoglądając na zegarek łapię się na tym, że na wskroś przesiąka mnie cywilizacja. Pośpiech, niecierpliwość. Jakby każda minuta zwłoki, stanowiła globalne zagrożenie. Ramiona spięte, uniesione lekko do góry, ścisk w żołądku. Okropność.
Prostuję się na krześle. Biorę głęboki oddech i wolno wypuszczam powietrze. O tak. Życie znów staje się piękniejsze. Zaczynam zauważać otaczające mnie szczegóły: grę słonecznego światła w październikowych kolorach liści za oknem, parę młodych ludzi, pogrążoną wśród słów, spojrzeń i uśmiechów we własnym szczęściu.

Wszystko zdaje się wracać na swoje miejsce. Ramiona, żołądek i myśli. Mogę swobodnie pomyśleć bez kompleksów, że nie mam na to czasu.

I właśnie wtedy wchodzą. On - jak zwykle promieniejący uśmiechem. Ona - z lekko tajemniczym spojrzeniem, którego nie sposób zapomnieć. Wygląda świetnie. Wrrr! Kolejny objaw cywilizacji - ocena z wyglądu: kilogramy, zmarszczki, ubranie. Nie znoszę tego. Choć w Jej przypadku wszystko wypada nadzwyczaj pozytywnie.

- Dziękuję - mówi do mnie z lekkim uśmiechem.
- Za co? - pytam zaskoczony.
- Miło mi, że tak myślisz.
Czuję jak uszy mi czerwienią.
- Przepraszam - dotyka mojego ramienia - już nie będę. Myśl sobie swobodnie. Już cię nie podsłuchuję.
Witamy się serdecznie. On ściska mi mocno dłoń mówiąc:
- Brawo panie Michale! Tak pogodzonego z życiem już dawno cię nie widziałem.
- Ha! - odpowiadam - w końcu Twoja nauka nie poszła w las! Kawy?
- Może za chwilę.
Siadamy. - Wiesz? - zwracam się do Niego - Odkąd cię pamiętam zawsze "oswajałeś" każde nowe miejsce. Jakbyś czekał, aż się do siebie na wzajem przyzwyczaicie.
- Tak! To prawda. Na wszystko potrzeba choć odrobiny czasu.
- A co z nagłymi przypadkami? Kiedy coś zaskakuje nas i wymaga natychmiastowego działania?
- Nagłe przypadki są jak dzieci, próbują czy uda im się naruszyć twoją równowagę. Myślę, że należy się z nimi zaprzyjaźnić. Wówczas nawet te najgorsze, przestają być trudne do zniesienia i łatwiej jest podejmować mądre decyzje.
- Wierzę Ci, choć czasem uczucie bywa silniejsze od woli. A jak to było w Waszej sytuacji, kiedy to nagle świat odwrócił się Wam o 180'?
- Nie wiem czy pamiętasz, jak kiedyś dachowałeś, ratując jakiegoś kierowcę, który zajechał ci drogę? Podziwiałem wówczas twój spokój. Zachowywałeś się jakby nic się nie stało.
- Tak pamiętam. Wylądowałem do góry kołami na trawniku. Jednak prócz skasowanego samochodu i przewróconego sygnalizatora nikt nie ucierpiał.
- Oczywiście. Ale mnie chodzi o ten spokój. Uczucie, za którym każdy człowiek tęskni przez całe życie.
- Czy to jest odpowiedź na moje pytanie?
- Tak! Gdyż pierwsze co zauważyliśmy to spokój. Wszechogarniające uczucie, że wszystko jest tak, jak być powinno.
- Można to porównać do wejścia z zimnego pomieszczenia do ciepłej kąpieli. Prawda? - wtrąca Ona.
- Dokładnie. Przy czym w kąpieli rozluźnia się ciało, a w naszym przypadku zniknęło napięcie gdzieś głębiej w środku. To dało nam uczucie pewności, że idziemy dobrą drogą.
- Ja bardzo wtedy wydoroślałam. Ten wewnętrzny spokój, daje możliwość spojrzenia na wszystko z pewnej perspektywy. Jakby trzeciego planu. Jest dużo więcej miejsca na radość czy wzruszenie, a złość, gniew i inne niedobre uczucia okazują się niepotrzebne.
- Odkąd Cię pamiętam, zawsze promieniałaś radością. Aż trudno mi sobie wyobrazić, że można mieć jej w sobie jeszcze więcej. Śmiech.
- No i co było dalej?
- Praktycznie zaraz pojawiła się pomoc. Trafiliśmy w ręce specjalistów, którzy zaprezentowali nam wachlarz dziedzin, w jakich moglibyśmy działać.
- Och! Jak u nas przydaliby się tacy specjaliści! Jak to się odbyło?
- Okazało się, że ma znaczenie wszystko, co udało nam się choć odrobinę rozwinąć. Zdolności, wrażliwość, empatia. Bardzo istotne są wspomnienia. Najważniejsze zaś te, które udało się doprowadzić do równowagi. Czyli nie zatrzymane w miejscu, gdzie się na przykład przestraszyliśmy (powiedzmy upadek z drzewa), tylko poprowadzone dalej (w tym wypadku przezwyciężenie strachu i kolejne wejścia na drzewo). Tego rodzaju doświadczenia kształtują wzory postępowania w różnych sytuacjach, które potem można wykorzystywać w pracy.
- Wchodzenie na drzewa w pracy?
- Oj to był tylko prosty przykład. To jakim jesteś człowiekiem kształtuje twoje istnienie. Jeżeli masz dużo dobrych wspomnień, pozytywnych doświadczeń, tym szersze masz horyzonty, bardziej otwartą wyobraźnię, większy potencjał do działania, tworzenia, istnienia.
- Aż żal że tak mało się do tej pory zrobiło?
- Może trochę. Ale przecież byliśmy jeszcze młodzi.
- No tak. - śmieję się - Bo teraz jesteście już przecież tacy starzy... - kokieteria!
- Teraz czas nie ma już dla nas takiego znaczenia.
- I czym się zajęliście?
- Początkowo oczywiście działalnością artystyczną. Graliśmy i śpiewaliśmy biorąc udział w przeróżnych przedsięwzięciach: od maleńkich, bardzo kameralnych po olbrzymie, o jakich nam się do tej pory nawet nie śniło.
- Potem nasze drogi się rozeszły. Ja poszłam bardziej w stronę psychologii i pomocy emocjonalnym rozbitkom...
- I stąd umiejętność czytania w myślach?
- Tak przy okazji. Zresztą to wcale nie jest takie trudne. Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć.
- Ja natomiast - że przerwę tą wymykającą się nam spod kontroli rozmowę - zająłem się, prócz muzyki, socjologią i marketingiem.
- Marketingiem to zająłeś się tuż po Waszym przeniesieniu.
- Nie, nie. Wówczas po prostu chciałem wam pomóc, bo pojawiały się głosy o rozwiązaniu naszego przedsięwzięcia, do czego dojść absolutnie nie mogło.
- I udało się!
- Tak! Jestem z tego bardzo zadowolony. Zdołałem przesłać sygnał na czas.
- Czy trudno jest przemycić taką informację pozostając incognito?
- Nie - jeżeli ma się swojego człowieka tu, na miejscu.
- Panowie! Brzmi to jak historia szpiegowska!
- Faktycznie. Może będzie łagodniej jak powiem, że zawsze miałem bardzo dobry kontakt z Rodzicami.
- Właśnie. A'propos Rodziców. Co z Tatą?
- Wyśmienicie! Kiedy do nas dołączył, bardzo szybko się zadomowił i zaczął z wrodzonym sobie spokojem działać. To On poddał nam pomysł, abyśmy stworzyli zaspół do zadań specjalnych. Dziś nie mógł przyjść, ale prosił, żeby wszystkich bardzo serdecznie pozdrowić - co niniejszym czynię.
- Wielkie dzięki! Oczywiście ze szczerą wzajemnością! A cóż to za zadania specjalne?
- W ludziach drzemie sporo strachu związanego z przeżyciami osobistymi i pokoleniowymi. To często przeszkadza im w życiu. Nie pozwala "rozwinąć skrzydeł". Postawiliśmy sobie za zadanie stopniowo uwalniać ich od tych "strachów".
- Jest na to jakiś sposób?
- Oczywiście! Najlepiej kolekcjonować zachwyty, które przeżyliśmy. Nawet te najbardziej banalne, są bardzo skuteczną bronią przed lękiem. Traktując je jak poduszkę powietrzną, możemy stopniowo poznać i pogodzić się ze strachem. Wówczas jest on rozbrojony i po kłopocie. - Brzmi dosyć prosto.
- Jest z tym trochę pracy, ale efekt bardzo cieszy i nas, i klientów.
- Drugi aspekt naszej działalności to marzenia. Staramy się osobom mało kreatywnym lub przepracowanym, spełniać ich niektóre, wartościowe marzenia.
- Jak to robicie? Przecież to prawie niemożliwe do odgadnięcia. Nie mówiąc już o realizacji.
- O zdziwił byś się, jak łatwo można się zorientować o czym marzy człowiek. Wystarczy trochę bacznej obserwacji.
- Zgoda! Jednak niektóre marzenia są nieosiągalne.
- Wbrew pozorom te, które naprawdę odmienią życie, są na wyciągnięcie ręki.
- Nie myśl sobie, że jesteśmy "dobrymi wróżkami", które podtykają delikwentowi gotowca pod nos! O nie! Pomagamy zrobić pierwszy krok, który prędzej czy później pozwala osiągnąć cel.
- I zawsze się udaje?
- Raczej tak.
- Wymijająca odpowiedź.
- Po prostu niektóre przypadki są jeszcze w trakcie realizacji.
- Trudne przypadki?
- Powiedziałabym raczej: dość wymagające. Czasem nie wystarczają sugestie. Potrzebne jest przeżycie. Człowiek najczęściej gubi się, gdy przez nawał zadań do wykonania, traci możliwość obserwacji. Nie ma czasu na spojrzenie z dystansu, przemyślenie, refleksję. Skupiając się na "ważnych sprawach" nie zauważa co dzieje się wokół.
- Taka choroba cywilizacyjna.
- Tak. Ludzie żyją bardzo szybko.
- Da się jeszcze szybciej?
- Myślę, że tak. Kosztem utraty kontaktu z rzeczywistością.
- Czyli będzie coraz więcej artystów. To o nich się mówi, że nie mają kontaktu z rzeczywistością.
Śmiech.
- Nie martw się. Pozycja waszego kwartetu jest niezagrożona.
- Zgadzam się. "GrupaMoCarta" to prawdziwi "artyści". Skoro już jesteśmy przy naszym kwartecie: mamy podejrzenia, że przynajmniej kilka razy mieliśmy do czynienia z waszą interwencją. Jesteśmy strachliwi, mało kreatywni czy zestresowani?
- Wy jesteście pod specjalnym nadzorem! - śmiech - Zajmujemy się wami po godzinach, gdy wpadniemy na jakiś ciekawy pomysł.
- Na przykład koncert z Bobbie McFerrin'em czy wizyty w dwudziestu krajach świata?
- Faktycznie trochę "maczaliśmy w tym palce". Ale także: przeterminowany paszport, samolot, który "złapał gumę", spotkanie z Beethovenem czy zdjęcie na Abby road.
- To też Wasza sprawka?! Przeterminowany paszport sprawił, że zawsze sprawdzam już termin przydatności do spożycia...
- Ale dało ci to też poczucie, że możesz liczyć na pomoc innych. Nie jesteś zdany tylko na siebie.
- Tak. To prawda. A samolot? Nie mógł wystartować z powodu awarii koła. Następny był pełen, zaś kolejnym nie zdążylibyśmy na czas. Wynajęliśmy więc mały samolot za całe honorarium i polecieliśmy na koncert dla przyjemności.
- To był dowód na to, że to co robicie to nadal bardziej przyjemność niż praca.
- Faktycznie tak jest.Pan Beethoven to spotkany w Belgii praprapra wnuk brata dziadka Ludwika van. Na wizytówce miał napisane "pianista". To nas urzekło. O to chodziło?
- Dokładnie. Pokoleniowe dziedziczenie. Choć trudno to sobie uświadomić, to, co robimy ma wpływ na następne pokolenia. A poza tym śmiało możecie powiedzieć, że Beethoven był na waszym koncercie.
- A Abby road? Tam zrobiliśmy sobie po prostu zdjęcie na tych samych pasach co Beatlesi.
- A nie rzuciło ci się w oczy, że idąc w ustawieniu jak na scenie, kolorystycznie byliście ubrani bardzo podobnie jak oni? - Wyczuwam tu kobiecą rękę.
- To prawda. Przyznaję, że to ja. Takie "smaczki" są bardzo przyjemne.
- W takim razie będę wyrazicielem opinii całego zespołu, gdy serdecznie Wam za to podziękuję.
- Nie ma za co. Dla nas to sama przyjemność.
- Wobec tego jak najwięcej pomysłów Wam życzę!
- I wzajemnie mój drogi. I wzajemnie.
Kiedy wychodzili, patrzyłem na ich postacie jaśniejące w październikowym słońcu. Odwrócili się jeszcze wymieniając ze mną pożegnalne spojrzenia.
- I co? Przyjaciele o panu zapomnieli? Siedzi pan już drugą godzinę sam przy stoliku. Może jednak ma pan ochotę na kawę lub herbatę? To kelnerka. Lekko zaniepokojona przygląda mi się uważnie.
- Tak. - odpowiadam zerkając w stronę przeszklonych drzwi, za którymi już nikogo nie widzę - Poproszę herbaty.


Moi rozmówcy to Kasia Poćwiardowska i Artur Renion. Dokładnie 14.X.2000 r. przeżyliśmy to, co cały Świat 11.IX.2001 czy cała Polska 10.IV.2010. Nagle musieliśmy pogodzić się z myślą, że Oni są już po tamtej stronie. 9.III.2003 roku dołączył do Nich Tata Artura - Pan Jan.

Artur - wiolonczelista Akademii Muzycznej w Warszawie - w 1995 r. wraz z Filipem Jaślarem wpadli na pomysł założenia kwartetu GrupaMoCarta. Spędziliśmy razem pięć wspaniałych lat, przepełnionych rozwojem, twórczością i niczym nieuzasadnioną radością wspólnego muzykowania. Kilka dni po 14.X.2000, Mama Artura znalazła nad Jego biurkiem kartkę z nazwiskiem Bolek Błaszczyk. Bolek gra z nami do dziś. Sygnał przyszedł na czas. Kasia swoim przydomkiem "Melodyjka", nadała nazwę przyznawanej rokrocznie na Rybnickiej Jesieni Kabaretowej, powstałej ku Ich pamięci "Melodyjnej nagrodzie imienia Artura".

GrupaMoCarta co roku gra na mszy w Ich intencji u Kamedułów na warszawskich Bielanach.
Moja Żona i ja drugiemu synkowi daliśmy na imię Artur. I - ku mojej radości - nasz dziewięciolatek przejawia kilka cech Artura i też gra na wiolonczeli. Kiedy pisałem ten tekst w samolocie, podszedł do mnie steward i zapytał: "Czy zechciałby mi pan na chwilkę pożyczyć skrzypce?". Minutę później grał schowany za zasłoną przy kabinie pilotów utwory, zapamiętane z czasów szkoły. Dwa metry dalej, wśród pasażerów siedział Nigel Kennedy - wybitny skrzypek naszych czasów.
Kasiu? Arturze? Dzięki, że jesteście z nami!

Michał Sikorski
Warszawa, 10.X.2010



WSPOMNIENIE (1972 - 2000)

ARTUR PAWEŁ RENION

Mija 10 lat od tragicznego wypadku, w którym zginął nasz brat Artur Paweł Renion, muzyk, wiolonczelista Grupy MoCarta. W chwili śmierci Tutek miał zaledwie 28 lat...

Nasze wspomnienie napisane w pierwszą rocznicę jego śmierci przedstawiało fakty z życia Artura i jego osiągnięcia. Naturalnie, fakty te się nie zmieniły, a nowych już nie będzie. Czy dziś coś jest inne?

My, osieroceni po Tutku jesteśmy inni... Zadając sobie pytania o sens i o pryncypia, przewartościowaliśmy swoje życie i wcześniejsze wybory. Zapadły decyzje o zmianie drogi zawodowej, czy o urodzeniu drugiego dziecka. Była przeprowadzka do nowego mieszkania, był rozwód. Były czterdzieste urodziny w lokalu i opowiadanie o wakacjach na Kubie. Tyle koncertów, świąt, rocznic, dziesiątki wydarzeń, których nie mogliśmy z nim dzielić. Setki mniej lub bardziej zwykłych dni, w których Tutka z nami nie było. Brakuje nam Jego uśmiechu, ciepłego słowa, rady, czy pomysłu. Brakuje Artura, który swoją obecnością stwarzał jakość chwili, który realizował to, co mu w duszy zagrało, a innym na lepsze wyszło.

Są jednak takie chwile, które nam go wracają. Uśmiech zatrzymany w kadrze... wspomnienie któregoś ze skeczy... sen, w którym jest tak blisko, że wystarczy wyciągnąć dłoń... Te chwile, w których Artur powraca, zaskakują. Jest tak, jakby bawił się z nami w pokręconego chowanego. Gdy go szukamy, nie daje się znaleźć, a gdy szukać przestajemy, nagle zaskakuje swoją obecnością. Pojawia się w archiwalnym materiale w telewizji lub gdy ktoś na sąsiednim krześle, tak samo jak on, opiera dłonie o kolana. Czasem znajdujemy jakiś przedmiot, który należał do Tutka, a czasem słyszymy piosenkę, którą śpiewał. Można wtedy zamknąć oczy i puścić wodze fantazji, by go zobaczyć. Siedzi Tam i gra. Skupiony na tym co kocha, świadomy tego, że jest w tym tak niebiańsko dobry, uśmiecha się, czerpiąc frajdę z tego, że tak pięknie brzmi.

Tutek tak bardzo jest z nami, jak strasznie go nie ma. Każde z nas czuje to inaczej, Inaczej to przeżywa, ale oboje dobrze wiemy, że te chwile są bezcenne i że chcemy je hołubić, aby pamięć o Nim zawsze w nas pozostała.

Iwona i Mariusz



Przeczytaj wspomnienie napisane w 2001 roku przez Iwonę i Mariusza.






Filip Jaślar
Michał Sikorski
Paweł Kowaluk
Bolek Błaszczyk

Artur Renion - wspomnienie


Nagrody
Nagroda wręczana przez Grupę MoCarta
FAQs
Praca licencjacka o Grupie MoCarta

Strefa Fanów




Zdjęcie autorstwa Marcina Mazurka